Usiądź wygodnie. Oto opowieść o powstaniu il tuo nido.
Z miasta do gniazda. Jak znaleźliśmy nasz włoski azyl?
Rozdział I: Wibrujący telefon i granice wytrzymałości
Zanim poczułem zapach umbryjskiego poranka, moim naturalnym środowiskiem był ciągły szum. Mój świat kręcił się wokół nieruchomości. Zarządzanie wynajmem krótkoterminowym w mieście to życie w trybie wiecznego nasłuchu. Wibrujący w kieszeni telefon, setki wiadomości od gości, logistyka napięta do granic możliwości i codzienne gaszenie pożarów. Życie od telefonu do telefonu staje się po jakimś czasie „nową normalnością”. Nawet poranną kawę pijesz w biegu, już analizując, co dzisiaj trzeba będzie pilnie naprawić.
I wtedy przyszedł ten moment. Byliśmy zmęczeni. Dosłownie dzień po tym, jak świat po pandemii zaczął na nowo otwierać granice, spojrzeliśmy na siebie z żoną i podjęliśmy decyzję, która nie miała nic wspólnego z moim analitycznym podejściem do projektów. Spakowaliśmy walizki, zabraliśmy psa, wsiedliśmy do samochodu i po prostu ruszyliśmy przed siebie. Do Włoch. Mieliśmy zarezerwowany tylko jeden nocleg. Reszta miała dziać się sama. Szukaliśmy miejsca, w którym moglibyśmy się po prostu zatrzymać i wziąć głęboki oddech.
Rozdział II: Strzeliste drzewa i chłodna kalkulacja
Zjeździliśmy kawał Toskanii. To tam, patrząc na ciągnące się wzdłuż drogi rzędy potężnych, wiekowych drzew, poczułem, że właśnie tak mógłby wyglądać mój codzienny widok. To były „te” Włochy. Sielskie, spokojne, przesiąknięte historią.
Jednak Toskania, choć piękna, była już odkryta. My szukaliśmy czegoś więcej – prawdy. Umbrię odkryliśmy trochę przez przypadek. Szybko uderzyło nas to, że oferuje ten sam magiczny krajobraz, co słynna sąsiadka, ale wciąż zachowała swoją dziką, nieskomercjalizowaną duszę. Była autentyczna. Wtedy do głosu doszedł mój zawodowy pragmatyzm. Umbria to nie tylko piękne wzgórza. To także błyskawiczny dojazd autostradą z rzymskich lotnisk, gdzie latają tanie linie. Zrozumiałem, że to idealne miejsce na azyl, do którego można uciec z Polski nawet na przedłużony weekend. Klamka zapadła.
Rozdział III: Parkingowa panika na końcu świata
Jeśli myślisz, że zakup domu we Włoszech to romantyczny spacer w słońcu, to znaczy, że nigdy nie próbowałeś tego zrobić. Byłem przekonany, że jako profesjonalista od nieruchomości, po prostu znajdę ogłoszenie, zadzwonię do biura i sfinalizuję sprawę. Włochy szybko zweryfikowały tę pewność siebie. Agencje milczały. Nikt nie odpisywał na e-maile. Zderzyliśmy się z potężnym murem – barierą językową i lokalnymi układami. Musieliśmy nauczyć się funkcjonować na ich zasadach.
Nigdy nie zapomnę dnia, w którym mieliśmy podpisać akt notarialny. Spakowaliśmy samochód i ruszyliśmy w trasę. 1600 kilometrów. Kilku kierowców, jazda przez całą noc. O godzinie 10:00 rano zgasiliśmy silnik na parkingu przed supermarketem w Fornole. Notariusz był umówiony na 14:00. Siedziałem w samochodzie, czując tętno w skroniach. Spojrzałem na żonę i wypowiedziałem na głos to, co od kilku godzin krążyło mi po głowie: „A co, jeśli ktoś nas oszukał? Co, jeśli tam nie będzie żadnego notariusza, a my przyjechaliśmy na marne?”.
Rozdział IV: Idealna asymetria
Notariusz oczywiście był. Dziś, gdy patrzę na il tuo nido, czuję przede wszystkim spokój. Stworzyliśmy przestrzeń, która jest genialna w swoich kontrastach. Zostawiliśmy oryginalne, naprawione przez nas włoskie meble z duszą, ale obok nich zamontowaliśmy prostą, funkcjonalną kuchnię z IKEA – bo na urlopie rzeczy mają działać, a nie irytować.
Prawdziwym eliksirem okazała się jednak sama lokalizacja. Udało nam się znaleźć świętego Graala slow-travel: miejsce, które pozwala poczuć się jak na włoskiej prowincji, nie odcinając Cię od cywilizacji. Jeśli rano skończy się kawa, w 3 minuty spacerem dojdziesz do lokalnego sklepu, gdzie sąsiad powie Ci „Buongiorno”. Jeśli potrzebujesz pełnej lodówki, w 10 minut podjedziesz autem do dużego Lidla. A jeśli nagle zamarzy Ci się cywilizacja – nowoczesna galeria handlowa i gwar miasta są zaledwie 25 minut stąd.
Siedzisz na tarasie pod chłodną skałą. W oddali widać zieleń, dookoła panuje cisza. Wyciągasz z kieszeni telefon. Przestał wibrować już wczoraj, bo wyłączyłeś powiadomienia. Pijesz powoli kawę z kawiarki i wiesz jedno: odetchnąłeś. Jesteś na miejscu.